O mojej największej porażce 2016r i o tym co z niej wyniosłam

Rzadko mówimy o swoich porażkach. To dla nas coś wstydliwego i nieprzyjemnego. Nie chcemy o tym mówić, wolimy to przemilczeć, a najlepiej zapomnieć. Zwolnienie z pracy, niezdany egzamin na studiach, zawalony projekt, zakończony (z naszej winy) związek etc.

Tydzień temu opowiedziałam Wam na Inta Story o mojej największej porażce 2016 roku. Dostałam od Was dziesiątki wiadomości. Byliście zszokowani, że coś mi się nie udało, pisaliście, że sprawiam wrażenie osoby, które osiąga wszystko to co chce, że nie ma u mnie miejsca na „nie udało mi się. Dało mi to do myślenia. Faktycznie, na blogu skupiam się raczej na pozytywach, bardzo rzadko piszę o jakichś moich porażkach, a wierzcie mi nie różnię się pod tym względem od innych.

Chcę opowiedzieć Wam o mojej największej porażce 2016. Porażce, która na początku mocno mnie zdołowała, ale potem zmotywowała jak nic wcześniej.

Nie wiem czy pamiętacie, ale po skończonych studiach czekałam dwa lata żeby się obronić. Mocno z tym zwlekałam, zawsze było coś ważniejszego, więc napisanie magisterki odkładałam na potem. Miałam dwa lata na obronę, a z racji tego, że prokrastynacja to moje drugie imię, obroniłam się w ostatnim możliwym terminie.

Pisanie pracy, wertowanie psychologicznych książek i przesiadywanie w bibliotece przypomniały mi jak fajnie było na studiach. Uwielbiałam zarówno moją uczelnię jak i mój kierunek. Zatęskniłam za tym i podjęłam decyzje, że jak tylko się obronię to zacznę zbierać punkty by otworzyć przewód doktorski. To był mój najważniejszy cel na rok 2016. Marzyłam o tych studiach, chciałam chodzić na wykłady,  ćwiczenia, chłonąć wiedzę, zdawać kolokwia i egzaminy. Miałam ogromną potrzebę samorealizacji, a studia doktoranckie z psychologii wydały mi się być idealne.

12923330_1348461175179343_13246503727714473_n

W każdym miesiącu jeździłam na konferencje naukowe. Wybierałam takie konferencje, które tematyką pasowały do tego co robię i czym się pasjonuje. Najbardziej lubiłam te dotyczące wpływu społecznego, wizerunku czy tożsamości. Wiele razy czułam, że nie pasuję do tego świata. Widziałam tę pogardę w oczach tęgich głów, kiedy wygłaszałam referat o metodach wywierania wpływu na czytelników, albo o wykreowanym obrazie świata w blogosferze. „Blogosfera, social media? Są rzeczy ważniejsze, po co prowadzić dyskurs na temat czegoś takiego?!” – dokładnie coś takiego usłyszałam przez przypadek na korytarzu. Przymykałam na to oko, przyświecał mi przecież wielki cel!

Najfajniejsze były konferencje dla młodych naukowców, tam ludzie tacy jak ja opowiadali o rzeczach które ich pasjonują. Nikt nie czuł się oceniany i nikogo nie obchodziło czy przed nazwiskiem masz mgr, dr czy prof.

Kiedy zebrałam już całkiem pokaźną liczbę punktów zajęłam się tematem mojej pracy. Byłam tego tematu pewna, nie chciałam go nawet z nikim konsultować. I choć uczelnia sugerowała by skonsultować się z potencjalnym promotorem to ja bez mrugnięcia okiem wysłałam swoje zgłoszenie. Byłam pewna, że się dostane. Ba! Ja jedną nogą byłam już na tych studiach. Organizowałam już sobie nawet noclegi. Miałam średnią 4,5, do tego sporo punktów za publikacje i konferencje. Plan pracy i sam temat był genialny. Co mogło się nie udać?

13177368_1376198232405637_1620618375103140558_n

Nikomu nie mówiłam o moich planach. Wiedziały o nich tylko najbliższe mi osoby. Wrzucałam co prawda zdjęcia z różnych konferencji ale nigdy nie odpowiadałam na Wasze pytania dotyczące doktoratu. Z tyłu głowy coś mi mówiło, żeby poczekać i ogłosić to dopiero kiedy się dostanę.

Nie dostałam się. Zabrakło mi trochę punktów. To był dla mnie ogromny szok. Byłam załamana! Potrzebowałam miesiąca żeby przetrawić tę porażkę. Kiedy już to zrobiłam, stwierdziłam że była to bolesna lekcja pokory. Lekcja, której było mi trzeba.

nsta

W tym roku znowu spróbuję, ale tym razem już się tak nie spinam i nie nastawiam. Spróbuję bo byłabym głupia gdybym tego nie zrobiła. Znowu zaliczam konferencje i zbieram punkty, bo im więcej tym lepiej. Najgorsze to się poddać, pozwolić głupiej porażce odwieźć nad nas od wielkiego celu. Nie udało mi się, i co z tego?! Wyniosłam z tego same dobrze rzeczy. Poćwiczyłam publiczne wystąpienia, podszkoliłam się w robieniu prezentacji, poznałam wielu wspaniałych ludzi, wzbogaciłam swoją wiedzę i zebrałam sporo punktów. Gdzieś ostatnio przeczytałam piękny cytat: „Czasami cel podróży nie jest najważniejszy, liczy się sama droga, to czego się na niej dowiadujesz, co robisz.” Prawda, że daje do myślenia?

Jestem ogromnie ciekawa Waszych doświadczeń, podzielcie się swoimi porażkami i tym co z nich wynieśliście. Sama dobrze wiem, że przyznanie się do porażki nie jest sprawą łatwą, ale serio, spróbujcie, wyrzućcie to z siebie. Niech to będzie kopniak motywacyjny dla tych, którzy są w dołku i nie mogą się podnieść. Potrzebują takich historii bardziej niż kiedykolwiek.

70 Comments
  1. Eliza, trzymam za Ciebie mocno kciuki! Sama jestem na pierwszym roku doktoratu. Mnie się udało tu znaleźć głównie dzięki mojemu promotorowi, owszem egzamin sama musiałam zdać, punkty zdobyć ciężką pracą i zaangażowaniem, ale z każdym głupim pytaniem mogłam zawsze się do niego zwrócić.
    Podoba mi się to co robię, ale nieraz zastanawiałam się, czy to był dobry wybór. Przeraża mnie trochę ta gonitwa za punktami, wyścig szczurów. o jest ciężki świat, w którym ciężko znaleźć zaufanych ludzi, tym bardziej trudno się zaprzyjaźnić i tego brakuje mi najbardziej. Ale to nie to było powodem dla którego tu jestem.
    Właśnie w tym momencie pracuje nad artykułem, idzie mi to bardzo opornie i podczas kolejnej przerwy natknęłam się na Twój post na facebook’u, a Twój wpis bardzo mnie zmotywował! Dzięki!

  2. Jesteś najbardziej motywującą i inspirującą osobą ! Śledzę Cię już wiele lat i to jak sie od tamtej pory rozwinęłaś jest niesamowite . Ba nawet często odwiedzam Twoje rodzinne storny czyli Staszów sama miałąm okazję chodzić do Staszowskiego Lo ,dlatego Twoja osoba jest mi w pewnym stopniu bliska . Oglądanie Twoich snapów zapewnia mi motywację każdego dnia , bo miło się ogląda tak pozytywną kobietę , która tak konsekwentnie rozwija swoje pasje . Ten wpis jeszcze bardziej mnie zmotywował ! Oby tak dalej !! Eliza jesteś genialna 😀

  3. Jak byłam na 2 roku studiów postanowiłam zrobić prawo jazdy, choć w głębi duszy wiedziałam, że nie jestem gotowa. ale ojciec naciskał, kusił oddaniem swojego starego samochodu, nie mieszkałam w wielkim mieście, więc miało być łatwo. Trafiłam jednak na okropnego instruktora i zamiast po prostu go zmienić, uciekłam ze szkoły po wyjeżdżeniu ok. 15 godzin. „Dojrzałam” do decyzji o zrobieniu prawka w wieku 29 lat. nikt, prócz męża, nie wiedział, że działam. zdałam za 2 razem i to w Warszawie! Czasem warto na niektóre rzeczy poczekać, bo cieszą 1000 razy bardziej 🙂

    1. Ojeju mogę po części przybić Ci piątkę. Zrobiłam kurs w wieku 18 lat, nie zdałam egzaminu 3 razy i obraziłam się na amen. Uznałam, że to nie dla mnie i że w ogóle NARA. Po 9 latach podchodzę do egzaminu, tyle potrzebowałam, żeby się w końcu ogarnąć i poczuć, że naprawdę tego potrzebuję

      Sciskam!
      Eliza

    2. Dziewczyny u mnie tak samo!! Nigdy nie ‚czułam’ samochodu, byłam pewna, że kierowcy że mnie nie będzie i już. Pod wpływem nacisków wszelkich zrobiłam kurs i po trzech oblanych próbach powiedział pass. Odpuściłam sobie, aż do momentu, gdy sama poczułam, że prawko to fajna rzecz i warto je mieć. Wracam na kurs i to w Anglii, bo tu teraz mieszkam. Trzymajcie kciuki!!

  4. Hej! Miałam bardzo podobnie jak Ty jeśli chodzi o odkładanie waznych spraw na ostatnią chwilę…dlatego w tym roku podchodzę juz 3 raz do egzaminu wstępnego na aplikacje. Co prawda za swój sukces uważam ukończenia studiów prawniczych bez przerwy, pomimo urodzenia dziecka 🙂 niestety z nauką do egzaminów było gorzej…zawsze zwalalam to na brak czasu dom i dziecko. Niestety przyznając się przed sobą stwierdzam, że nie byłam systematyczna pomimo tego, że miałam warunki do nauki, a czas wiadomo, że zawsze się znajdzie gdy wszystko dobrze zaplanujemy 🙂 mimo wszystko nie poddaje się i walczę ze słabościami dalej!
    Pozdrawiam Cię ciepło i życzę powodzenia! 🙂

  5. Widziałam na youtube bardzo ciekawy filmiki youtuberki Azjatycki Cukier (czy jakoś tak). Mówiła ona że lepiej szukać powodów niepowodzeń i je analizować niż czynników sukcesu. Mamy bowiem tendencje, by przypisywać sukcesy cechom jednostki (zamiast szukać czynników zewnętrznych). Był tam przykład z pilotami samolotów w czasie wojny. Filmik naprawdę zmienił moje podejście do niektórych kwestii.

  6. BArdzo dobry wpis Eliza. NIestety blogerki w Polsce traktowane są nadal jak głupiutkie panienki pokazujące szmatki w sieci, na co to komu? Boli mnie takie potrzeganie, sama pracuję na odpowiedzialnym stanowisku w branży nie związanej z modą i slyszę czasem takie dziwne komentarze. Nauczyłam się olewać. Co do porażek, podcinają skrzydła, a najgorsze są te, na które nie jesteśmy nastawienie. Ja trzymam się zasady ” oczekuj najlepszego, bądź przygotowany na najgorsze” 🙂 POzdrwiam CIę serdecznie 🙂 Paula

  7. To bardzo wazne, ze dzielisz sie z nami rowniez takimi doswiadczeniami. Kazdy mysli ze Fashionelka to tylko same sukcesy, ze wszystko samo spada Ci z nieba. A na pewno tak nie jest. Musisz nie raz ciezko walczyc o swoje marzenia, nie poddajesz sie mimo porazek i dlatego jestes tak wielka inspiracja dla nas <3 uwielbiam Cie ogladac i czytac, bo dajesz kopa do dzialania. Wiekszosc blogow, ktore do tej pory przegladalam w pewnym momencie jakos stracily w moich oczach, staly sie z czasem przewidywalne, nudne, a Ty ciagle zaskakujesz czyms nowym 😊brawo!

  8. Trzymam kciuki i wierzę, że się uda!:) Moją wielką porażkę przekułam w sukces. Po studiach prawniczych nie dostałam się za pierwszym razem na aplikację adwokacką, bo równocześnie ciągnęłam ostatni rok studiów psychologicznych. Najpierw była załamka, świat mi się zawalił, bo też jedną nogą byłam już na tej aplikacji, a zabrakło mi jednego jedynego punktu! Po jakimś czasie pozbierałam się jednak i czymś musiałam zająć, czekając na swoją szansę w kolejnym roku. I co zrobiłam? Założyłam firmę związaną z prawem, potem następną i rok później dostałam się na wymarzoną aplikację, będąc już pewną siebie i spełniającą się kobietą. Czasem jest tak, że czegoś bardzo chcemy, ale to nie nasza kolej i musimy na to poczekać. Wychodzi nam to na dobre:)

    1. Te ostatnie słowa, które Pani napisała dały mi trochę otuchy, tak bardzo chcę miec dziecko, ale może to jeszcze nie moja kolej…. Oj ciężko bardzo jest. Pozdrawiam!

  9. To moje historie są takie:
    1. Kiedyś miałam możliwość pojechać na 3 miesiące do Moskwy na praktyki – w polskiej firmie. Mieszkałabym w rosji, miałabym mieszkanie za darmo (!) i mówiłabym po polsku (rosyjskiego nie znam) – możliwości mega! Nie jedna osoba wszystko by za taką możliwość oddała. A ja… stchórzyłam. Myślałam, że 3 miesiące to długo. Bałam się wyjechać na tak długo w obce miejsce. Do dziś pluję sobie w brodę.

    2. przez całe studia inżynierskie zaliczałam wszystko w zerówkach. Rzadko kiedy zdarzało się, że pisałam egzamin w pierwszym terminie. W piątek robiłam notatki, z których mogłabym uczyć się w sobotę i niedziele. Do tego pracowałam w tygodniu.
    W ostatnim semestrze inż – poległam. Miałam 3 poprawki!!!!!!!! 3!!!!! Ja – osoba, która zaliczała wszystko w zerówkach miała 3 poprawki!!! Myślałam, że się nie obronię. Trudno – nie idę na mgr. Pójdę za rok albo na zaoczne. Trudno.
    Czekając aż wejdę do dziekanatu, spotkałam 2 kolegów i koleżankę z roku. Mówili mi: coś ty głupia walcz!!! Idź na poprawkę! Nie składaj podania o przedłużenie terminu obrony. Siedzieli ze mną chyba 2h – każdy! osobno! – i przekonywali mnie bym zaliczyła poprawkę i broniła się!
    I nie dałam tego podania. Poszłam na poprawkę i udało się.
    Byłam w szoku. Jak mogłam JA mieć 3 poprawki, skoro ZAWSZE zaliczałam wszystko w 0?! I jakie było zdziwienie ludzi, że JA nie zlaiczyłam. Ale kurcze tka się dzieje – człowiek czasem potrzebuje odpuścić. Nie da się być ciągle na najwyższych obrotach. Ale to też mi pokzało, że są ludzie, którzy we mnie wierzą. I ani tego, ani tego po tych ludziach się nie spodziewałam. To było dla mnie miłe zaskocznie.

    3. Zawsze marzyłam by być audytorem. To niesamowita praca! Potrzebna jest duża wiedza i mega pewność siebie. Dostalam szansę by byc audytorem, to były praktyki. Wtedy przekonałam się jak dużo jeszcze nauki przede mną. To był cios. Z pracy w takiej firmie trafiłam gdzie trafiłam. Czułam że to mega policzek. ALE teraz, dzięki tym wszystkim doświadczeniom mam pracę, która daje mi taki rozwój!!! No w życiu bym się nie spodziewała! No praca marzenie! Mega stres czy sobie poradzę, czy dam radę.

    Ale koniec końców – to wszystko sprawiło, że przewartościowałam swoje priorytety. Inaczej już odbieram porażki. Wiem, że nie ma co się bać ryzyka i porażki. Wredni ludzie ZAWSZE będą gadać. Jak powinie Ci się noga – będą się cieszyć jak głupi do sera. Ale (!) dzięki tym porażkom czy niepowodzeniom – możemy się mile zaskoczyć ile osób w nas wierzy, dobrze nam życzy. My sami możemy przekonać się na ile tak naprawdę nas stać.
    Staram się wierzyć, że dobrze się stało, że nie zostalam wtedy audytorem bo może nie miałabym tej pewności siebie i pewności w bronieniu swojej racji co teraz. Może Ty nie poradziłabyś sobie tak dobrze jako doktorantka bez tych umiejętności, które zdobyłaś teraz.

    Koniec końców – na koniec zawsze jest dobrze 🙂

  10. Elizo, prowadzisz świetnego bloga, Twoje zdjęcia na istagramie zapierają dech w piersiach, ta mała porażka nie powinna przesłaniać Twojego celu a jak sama napisałaś najpiękniejsza jest droga, spójrz na chwilę wstecz, ile pięknych podróży odbyłaś, jakie osoby poznałaś… przeżyłam w życiu wiele porażek, ale chyba dzięki temu jestem mocniejsza, począwszy od odmowy przyjęcia na studia artystyczne… później skończyłam najbardziej renomowaną uczelnię w Polsce i studia podyplomowe… ostatnio porażką jest to, że nie mogę zdobyć followersów na blogu, mówią mi, że to fajna strona, ale nie lajkują, musiałam zamknąć komentarze, bo zostałam zasypana spamem… 🙂 a Tobie próbują wmówić, że umiejętność wpływania na ludzi i jakieś tam media społecznościowe to bzdury… nie patrz na innych, jest wokół nas wielu zazdrosnych, niespełnionych osób… po co Ci ten doktorat? żeby sobie udowodnić, że potrafisz? żeby inni myśleli „o blogerka z tytułem doktora!”, kiedyś uznasz, że to mało istotne, ale jeśli jest to dla Ciebie ważne to próbuj jeszcze raz… najważniejsza jest droga…

  11. Eliza ten cytat to z Hemingway – pamiętam, bo rozpoczełam nim jedną z moich aplikacji o grant naukowy (wygrany, hehe).

    Ja już doktorat mam za sobą i szczerze to radzę Ci przemyśleć dobrze po co Ci dr. przed nazwiskiem.. Bardzo fajny artykuł na ten temat dziś przeczytałam (http://www.chronicle.com/article/Some-Lesser-Known-Truths-About/239959)

    Generalnie, jeśli nie planujesz karieryy akademickiej to doktorat to strata czasu. Ja swój zaczełam w Polsce i zrezygnowałam po 3 miesiącach. Walka z wiatrakami! Zero wsparcia dla kreatywności – pan profesor jawi sie jako wszechmocny buk, któremy ty, szary, bezmógi żuczek, możesz co najwyżej buty czyścić (czyli zrealizować jego plan badawczy w pocie czoła za minimalne wynagrodzenie i uznanie). Jakimś cudem cała moja frustracja ze skameniałego systemu edukacji w Polsce przerodziła się w motywację i skończyłam doktorat w USA. Wcale to nie jest takie niemożliwe jakby się mogło wydawać 🙂 Wreszcie środowisko akademickie, które SŁUCHA. Elajza, rozejrzyj się. Może twoja „porażka” to tak naprawdę szansa na znalezienie środowiska, gdzie nikt nie szepce za twoimi plecami jakie to infantylne są twoje zainteresowania. W takim środowski naprawdę ciężko się rozwijać, za to niezwykle łatwo można się dorobić depresji i niskej samooceny. Dasz radę!

    1. Kiki, chcę to zrobić, po prostu czuję taką potrzebę. Nie chcę nikomu nic udowadniać, nie chodzi o dr przed nazwiskiem. Po prostu intuicja mi tak podpowiada, a ona nie zawiodła mnie nigdy. Chcę wrócić do psychologii, stworzyć coś swojego. Mam pomysł na świetne badanie, a jako blogerka z ogromnym zasięgiem mogłabym to po prostu wykorzystać do rzeczy większych. Wybrałam uczelnie, która totalnie sprzyja osobom takim jak ja. Mogę realizować temat pracy jaki naprawdę czuje, nikt mi nic nie narzuci. Blogowanie nauczyło mnie świetnie radzić sobie z hejtem i właśnie z takimi pogardliwymi spojrzeniami czy komentarzami. Spływa to po mnie. Nie robię tego dla pieniędzy ani dla awansu.

      Chcę spróbować, jeśli po roku uznam, że to nie moja bajka zostawię to bez mrugnięcia okiem 🙂

      Sciskam Cię mocno, zabieram się za czytanie artykułu

    2. Eliza, trzymam kciuki zatem! Doktorat to ciężka harówa i mam nadzieję, że twój blog pozostanie aktywny (bo gdzie ja się będę prokrastynować?!)

      Jakbyś kiedyś się wybierała na jakąś konferencję do Kalifornii to zapraszam na najlepsze smoothie w Hollywood!

    3. Blog by na tym zupełnie nie ucierpiał. Na SWPS zjazdy są raz w miesiącu i trwają 3 dni, więc mogłabym podróżować i te studia nie miałyby wpływu na funkcjonowanie bloga 🙂

      PS Dzięki! Marzę o wypadzie w tamte strony

    4. Eliza powiem Ci jako świeżo upieczona Pani Doktor…przemyśl. Serio. Z perspektywy czasu powiem Ci, że nie warto. Rozumiem, czujesz, że chcesz coś stworzyć i w ogóle….ale czasem lepiej zrobić to bez doktoratu. Serio. Doktorat to lata udręki, wpasowywania się w środowisko akademickie, jak komuś podpadniesz to masz przechlap na całej linii i negatywny głos na obronie albo radzie wydziału. Widzę ile masz energii, jaką otwartą i fajną dziewczyną jesteś- uczelnie i doktoraty są – przepraszam za subiektywną opinię- dla lizusów i szarych myszek. Ja przez całe 5 lat (4 lata studiów + ekstra rok po otwarciu przewodu), mimo braku presji i super pracy poza uczelnią gdzie mogłam sobie pozwolić na dużo i gdzie mnie szanowano – przychodziłam na wydział i zawsze musiałam uważać, żeby nie powiedzieć o jedno słowo za dużo.
      Możesz robić wielkie rzeczy bez tej męczarni. Myślę, że wiele osób które robiły doktorat w Polsce się ze mną zgodzi. Jestem w stanie rzecz – 90%. A…..i sorry za szczerość ale na prawdę radzę skonsultować temat z potencjalnym promotorem. Nawet sobie nie wyobrażasz ale mogą Ci za jedno słowo w jego konstrukcji uciąć gdzieś na czymś innym punkty których potrzebujesz żeby się na te studia dostać.
      Ja mam wrażenie, że studia doktoranckie są niejednokrotnie receptą na odebranie chęci życia 🙂

  12. Moja „porażka” dobiła mnie o tyle, że była ode mnie niezależna. Zawsze uważałam się za farciarę. Całe życie spadałam na 4 łapy – nawet jeśli coś czasem już prawie-prawie zawaliłam, zawsze jakaś iskra farta sprawiała, że i tak wychodziło na moje. I tak przez 28 lat – szkoła muzyczna, studia, praca – projekty, nauka, prawo jazdy – fortuna zawsze mi sprzyjała. Aż w zeszłym roku zaczęłam się starać o dziecko. Jak się wreszcie udalo, nadeszła euforia! A po kilku tygodniach wszystko się skończyło. Szpital, niemożność pozbierania się. Takie doświadczenie zmienia na zawsze. Odbiera życiu beztroskę (choć nigdy beztroskie nie było- na wszystko musialam sama zapracować – z odrobiną szczęścia). Teraz już wiem, że tragedie i niepowodzenia spadają na ludzi nagle i z wielkim hukiem. Na szczęście, choć dziwi mnie to do dziś, jakoś się podniosłam. Teraz jestem w kolejnej ciąży- już o kilka tygodni dalej, niż ostatnio, 2 trymestr, i myślę pozytywnie mimo świeżo zdiagnozowanej choroby Hashimoto i wady macicy. Wiem teraz, że nie na wszystko mamy wpływ i życie ma swoją ciemną stronę. Ale mam nadzieję, że będzie wszystko dobrze! 🙂

    1. Noir, musi być dobrze! Naprawdę chylę czoła, wiele osób totalnie by się załamało i nie podniosło. Ty się podniosłaś, a Twoja postawa i podejście jest godne naśladowania. Brawo!

      Sciskam Cię mocno i trzymam kciuki!

    2. Noir, omg, napisalas o moim zyciu! Tylko ja sie generalnie nie uwazam za szczesciare, raczej na wszystko co mnie spotkalo w zyciu dobrego sobie zapracowalam. I zawsze mialam wszystko zaplanowane, na wszystko mialam wplyw. Jednym z tych planow bylo to, ze zaraz po slubie, w trakcie podrozy poslubnej, zachodze w ciaze. I po raz pierwszy w moim starannie zaplanowanym zyciu trafilam na mur, mur tego na co nie mam wplywu. Bo nie mam. Po 2 miesiacach staran udalam sie do lekarza, wyjasniajac mu dobitnie, ze ja mam plan, ze bylam swietnie przygotowana, ze wszystkie badania super, ze dieta i styl zycia, no i co jest nie tak? Powiedzial, ze mam przyjsc za pare miesiecy, jesli sie nie uda. Ale sie udalo. Tylko niestety na krotko, podobnie jak u Ciebie. Zycie nie jest sprawiedliwe. Teraz czekamy, az bedziemy mogli znowu zaczac starania, znowu nic nie moge zaplanowac. I strasznie sie boje, bo moja pierwsza w zyciu porazka okazala sie byc tak ogromna, ze nie wiem, co bedzie jesli okaze sie nie byc jedyna w tej kwestii.

  13. Nie wiem czy to tak było, ale myślę sobie że zapewne jesteś oceniana przez pryzmat bycia blogerką, a w środowisku akademickim głęboko zakorzeniony jest kult tematów pewnych i sprawdzonych – nazwijmy to tak, a wszelkiego rodzaju nowalijki są traktowane pobłazliwie. Podziwiam za bycie konsekwentną, bo właśnie tak trzeba. Własna pasja i konsekwencja w działaniu. Wspieranie Cię na duchu naszymi komentarzami jest zbędne. Pozdrawiam.

    1. Tak, takie odniosłam wrażenie, ale to tylko pośród osób starszych, z kilkoma tytułami przed nazwiskiem. Pewnie dlatego tak super czułam się na konferencjach dla młodych naukowców. Zupełnie inny klimat.

  14. AAAA!!! Niezwwykle motywacyjny wpis! Nie zawsze musi się udawać. Gdyby tak było, nie mielibyśmy w sobie pokory. Tak sądzę.

    1. ale to nie młodzi Cię będą oceniać i ewentualnie doktoryzować, wiem co mówię, ale sama musisz się przekonać, że nie zwojujesz tego środowiska 😉 będą cię traktować pobłażliwie ze względu na to, czym się zajmujesz, okrutne, ale prawdziwe

    2. Mnie całe życie tak traktują. Wystarczy ze powiem ze moja praca jest prowadzenie bloga 🙂 ja do tego przywykłam, wiem ze nie zwojuje świata i nie jest to moim celem. To bardzo cenne co piszecie. Chce tego doświadczyć i ocenić czy to jest to ci chce czy zupełnie nie 💃🏻

  15. Ja nigdy nie byłam najlepszą uczennicą, nie miałam stypendiów i czerwonego paska. Ba, polonistka przez całe LO mówiła że nie zdam matury. Maturę zdałam, trafiłam na najwspanialsze studia pod słońcem i zachęcona przez DOBRYCH nauczycieli zaczęłam nieśmiało bawić się w pracę naukową. Okazało się że do czegoś się nadaję. Zostałam nagrodzona przez marszałka i ministra, prowadzę zajęcia edukacyjne w całym województwie, mam sporo fajnych publikacji i dobrze płatną pracę w zawodzie. Studia kończę za rok. Można? Można. Trzeba znaleźć niszę, robić swoje, pamiętać że nie jest się najmądrzejszym i realizować marzenia 🙂 Eliza trzymam kciuki i mam nadzieję że spotkamy się kiedyś na jakiejś konferencji bo nasze branże są dość pokrewne ;))

  16. Eliza, bardzo Cię szanuję właśnie za to, że jesteś inteligentna i wykształcona, i nie rezygnowałaś z nauki, bo możesz zarabiać inaczej. A co do moich porażek, to długo nie mogłam przeboleć tego, że nie dostałam się do szkoły aktorskiej. Dzisiaj stusiuję prawo i wiem, że moje umiejętności bardzo mi się przydadzą i prawdopodobnie lepiej na tym wyjdę 🙂

  17. nie poddawaj sie, moja kuzynka kilka lat cos ponad 4 zbierala punkty na medycyne by sie dostac – w niemczech i sie dostala, a przez ten czas ktory czekala pracowala jako pielegniarka. Teraz juz skonczyla studia.
    Moja chrzestna w mlodosci 6 razy sie nie mogla dostac na medycyne ale to bylo jej marzenie i sie nie poddawala i za 7mym sie dostala i jest lekarka cale zycie.

    1. Ojej! Jak ja potrzebowałam czegoś takiego.. Sama jestem przed swoim 4 razem i boję się jak.. o utratę życia. Medycyna to nie tyle moje marzenie, co największe pragnienie i odzwierciedlenie tego kim jestem.. 4 lata poczucia totalnego zastoju, a przy tym.. najpiękniejszej drogi. Aż ciężko w to uwierzyć, ale gdy pomieszam te wszystkie gorzkie łzy porażki i to jak za każdym razem z jakąś.. dosłownie magiczną mocą! udawało mi się podnosić, strzepywać ten cały pesymizm, łzy i walczyć.. to widzę najpiękniejszy czas w moim życiu. Nawet jeśli widzę go przez.. ścianę łez. Właśnie w tym momencie, pisząc ten komentarz czekam na swoją kolejną szansę! I wiecie co? Nie powiem Wam, że ostatnią. 4 ostatnie lata uświadomiły mi, że nie mogę być nikim innym, że nie mogę pracować w jakimś laboratorium medycznym – studiuję jednocześnie na 3 roku medycyny laboratoryjnej – i po prostu wiem, że to nigdy nie będzie to, że kiedyś tam.. za kilka lat budząc się rano nie będę czuła tego, co chociażby czuję teraz.. nadziei. Już za chwilę matura. Oby to już była meta. I obym zaczęła zupełnie inną, jeszcze piękniejszą drogę, już nie w imię doganiania samej siebie, a w imię walki o życie drugiego człowieka. Trzymajcie kciuki. I dziękuję Wam dziewczyny, za ten wpis i komentarz. Bardzo tego potrzebowałam.

  18. Droga Elizo !Bloga śledzę od lat i coraz bardziej Cię lubię.Podziwiam Twoją prace i zawsze Ci kibicuję ale w tym wypadku chciałabym zadać Ci jedno pytanie : po co Tobie doktorat ?Czy naprawde uważasz, ze świat nauki się bez neiho nie obejdzie ?Doktorat kiedyś coś znaczył ,świat nauki nie stał otworem dla wszystkich ,którzy mają odpowiednią średnią i zaliczyli ( jak sama piszesz ) kilka konferencji. Prestiż doktoratu i zwykle dalsza kariera naukowa miały zupełnie inny wymiar. A dziś ?A dziś makybtaki wysyp doktorów ,którzy zdobywja tytuł głównie dla własnej satysfakcji. Z calym szacunkiem do Ciebie i Twojej pracy ale jest w tym jakiś zgrzyt. Kolejna Pani doktor od blogowania ?Niekoniecznie . Nie róbmy z blogowania nauki. Dobrze jest jak jest. Osobiście uważam,ze tytuł doktora od prestiżu zmierza do obciachu. Bo mam te piatki i troche czasu to zrobię doktorat. Coś nie gra jednak. Pozdrawiam !

    1. Anka, doktorat nie jest dziś jakąś wielką sprawą, to tak naprawdę trzeci stopień studiów i to jest coś bardzo dzisiaj dostępnego. Nie ma czegoś takiego jak doktorat z blogowania, nie wiem skąd takie wnioski? Tutaj chodzi o psychologię, a psychologia społeczna i wywieranie wpływu łączy się z tym co robię na co dzień. Blogosfera to bardzo niezbadany teren. Zachodzi w niej mnóstwo interakcji i ciekawych zjawisk. Ja je widzę bo siedzę w tym od 9 lat i jako psycholog mam ogromną potrzebę zbadania tego. „Doktorat kiedyś coś znaczył, świat nauki nie stał otworem dla wszystkich, czy naprawdę uważasz, że świat nauki się bez niego nie obędzie” – aha i dlatego ja powinnam siedzieć cicho, prowadzić sobie tego swojego blogaska i najlepiej się nie wychylać, bo co ja tam wiem? A właśnie nie. Miesięcznie czyta mojego bloga prawie 250 tysięcy osób. To są realni ludzie. Mam więc ogromną bazę osób którą mogłabym przebadać, dowiedzieć się mnóstwa ciekawych rzeczy. Ja kibicuje ludziom, którzy chcą co zrobić dla nauki, nawet w dziedzinie tak pozornie błahej jaką jest internet czy social media. Spójrz ile czasu przesiadujesz dziennie w internecie. Naprawdę myślisz, że świat nauki nie potrzebuję tak cennych danych, badań i spostrzeżeń?

      „Dzis mamy taki wysyp doktorów” – a to przepraszam jest coś złego? To chyba świetnie, że ludzie się kształcą, piszą pracę i robią badania. To z jakich pobudek ludzie to robią jest sprawą mocno indywidualna i nie nam to oceniać. Jedno jest pewne, nauka BARDZO na tym zyskuje.

    2. A właśnie , że tacy ludzie jak to ujęłaś „doktorzy z blogowania” są potrzebni! Studiując przez 5 lat marketing, miałam głównie do czynienia ze starszymi profesorami, który zatrzymali się na tym co było 20 lat temu i nawet specjalnie nie mają ochoty się dalej rozwijać. A tak czepiając się blogowania, to miałam nawet taki przedmiot, tylko co z tego skoro prowadziła go co prawda dość młoda osoba, ale z mentalnością profesora z innej epoki niestety. Pełnych energii i nadążających za trendami prowadzących mogłam zliczyć na palcach jednej ręki. Smutne to straszne bo idąc teraz do pracy w marketingu internetowym wiem, że studia mi się prawdopodobnie kompletnie nie przydadzą. Po co mi ciągle powtarzanie formuły marketingu 4p skoro to już jest dawno nieaktualne. Czasy się tak zmieniły, że nie można powiedzieć, że to co związane z Internetem to nie jest nauka. Guzik prawda, teraz niemal wszystko jest związana z Internetem więc to musi być badane i opisywane w literaturze. To nie jest jakiś tam wymysł, chwilowa moda. To jest dzisiejsza rzeczywistość! Co Eliza dalej z tym doktoratem zrobi to jej sprawa, zajęć na uczelni zapewne przeprowadzać nie będzie, ale wystarczy że będzie tworzyć publikację i udzielać się dalej na konferencjach i to już będzie świetna wartość wniesiona do nauki. Bo nauka musi nadążać za tym coś się dzieje, a nie ciągle obierać się na koncepcjach sprzed kilkudziesięciu lat. Ja aktualnie piszę pracę magisterską z marketingu internetowego i ciężko aż w to uwierzyć, ale będąc właśnie na takiej specjalności, kompletnie tych kwestii nie miałam poruszanych na studiach i opieram się bardziej na swoim doświadczeniu i obserwacjach, niż na wiedzy wyniesionej z uczelni.

  19. Jeśli ktoś czuje potrzebę zrobienia czegoś takiego to nie rozumiem jakim prawem ktos mu może pisać – nie rób tego, za wysokie progi. Po co to podcinanie skrzydeł i deprecjonowanie czyjejś pracy czy chęci.

    Robię licencjat, a potem chcę zrobić magisterkę. Gdyby ktoś teraz mi napisał, nie rób magisterki, tyle jest już tych magistrów, nauka nic z tego nie ma to bym parsknęła śmiechem.

  20. Ja na swoje wymarzone medyczne studia dostawalam sie przez 3 lata. W tym czasie studiowalam co innego i co roku poprawialam mature. Juz nie wierzylam ze mi sie uda, nikt nie wierzyl. I kiedy juz powiedzialam sobie ze to ostatni raz, ze juz nie mam sily pyk i stalo sie. To byl najszczesliwszy dzien mojego zycia, nie wyobrazam sobie ze mogloby byc inaczej. Nigdy nie mozna sie poddawac, nie wiemy co niesie dla nas los. Do odwaznych i cierpliwych swiat nalezy. Mam nadzieje ze bede dobrym lekarzem 🙂

  21. Eliza, marzyłam o doktoracie. Zaczęłam 2 lata po magisterce i juz mam go za sobą, to była świetna, życiowa przygoda, ale…. nie mając wtedy potomstwa i pracując zawodowo niejednokrotnie spałam 2 godziny na dobę, żeby go skończyć w terminie. Była dla mnie priorytetem i też miałam wewnętrzne przeczucie, że chcę i już. Nie żałuję i jestem dumna, że dałam radę, ale dzisiaj, mając 35 lat, dzieci, pasjonującą pracę zawodową jednego jestem pewna, nie warto poświęcać wszystkiego – czasu dla rodziny, przyjaciòł, planów związanych z macierzyństwem itp.dla tego jednego celu, o którym zapomniałam miesiąc po obronie. Powodzenia w realizacji planów 🙂

  22. Ja nie wiem, czy to porażka. Ktoś dobrze wcześniej napisał, doktorat to potworna harówa. I warto się zastanowić czy na pewno trzeba go mieć, żeby badać rzeczy które Cię interesują. Moim zdaniem nie, i nawet może lepiej go nie mieć. Możesz zrobić badanie, nadal jeździć na konferencje i napisać bardzo dobrą książkę, która trafi do bardzo szerokiego grona odbiorców, a nie do kilku osób które zajmują się tym tematem.
    Rozważ studia podyplomowe np. w UK, one mogą dać Ci więcej w sensie rozwoju myślenia o pewnych zjawiskach, doskonalenia zdolności analitycznych, niż doktorat w PL.
    I na koniec, hejt i krytyka akademicka to są jednak inne zjawiska. Krytyka jest integralną częścią procesu naukowego i wystawiamy się na nią z pełną premedytacją, po to by inni odkryli luki w naszym rozumowaniu, by wskazali nam nowe tropy, by faktycznie nasze badanie odkryło jakaś część rzeczywistości. A co do starszych profesorów – warto szukać argumentów, by pokazać im dlaczego to co chcesz badać jest ważne.
    Powodzenia!

  23. Eliza, ja tak na szybko, ale z własnego doświadczenia 🙂 Promotor – też długo myślałam, że moje genialne pomysły plus duże zaangażowanie obronią się same, jednak teraz wiem, że do świata nauki wyższej aniżeli mgr potrzebne jest „wprowadzenie” promotora, na różnych płaszczyznach i nazwijmy to poziomach. Konferencje – trzeba bardzo uważać na jakie się zgłasza, żeby nie zdołować się na starcie; pierwsze wystąpienia zdecydowanie lepiej potrenować na studenckich czy doktoranckich, a dopiero oszlifowany fragment tematu pokazywać specjalistom z danej dziedziny. Blogosfera jako temat – to jest bardzo, bardzo, bardzo popularny temat doktoratów i istnieje mnóstwo literatury przedmiotu do niego; jest to na pewno temat ważny i broń go jak niepodległości, kiedy ktoś, kto po prostu zajmuje się inną dziedziną chce go zdeprecjonować. Zaliczanie konferencji i zbieranie punktów – nie podchodź tak do tych aktywności. Wcale nie jest tak, że im więcej, tym lepiej. Lepsza jedna konferencja międzynarodowa i jedna publikacja w recenzowanym a najlepiej punktowanym czasopiśmie z listy, aniżeli „zaliczanie” czy tracenie energii na pisanie tekstów pokonferencyjnych. Ufff – mogłabym tak bez końca, ale cóż… wracam do pisania 🙂

    1. Jeju dziękuje Ci za ten komentarz!!! Naprawdę jest dla mnie bardzo wartościowy. Bardzo Lubie te konferencje, właśnie zwłaszcza te dla młodych naukowców. Pomagają mi się rozkręcić. Każda praca nad prezentacja i referatem to dla mnie fajne i cenne doświadczenie. Dzięki za tyle cennych wskazówek ❤

  24. Ja padłam na obronie pracy magisterskiej ! Niedługo poprawka!!! Elizka trzymam kciuki za Ciebie, nie poddawaj się.

  25. Eliza, jako osoba robiaca doktorat, tez radze Ci to przemyslec. Po dwoch latach czuje sie starsza o dekade. Poza tym, jak wiele osob wspomnialo, zazwyczaj nie warto jest wchodzic w ten swiat wyscigu szczurow i wykonczyc sie psychicznie. Pozdrawiam!

  26. Podepnę się do komentarza wyżej apropos „wyścigu szczurów” i tego, że to wykańcza. Zdecydowanie.

    Za miesiąc mam obronę. Dostałam się na doktoranckie studia z drugiego miejsca na liście, ale zgodzę się z komentarzami wyżej – wcześniej poszłam do promotorki, zapytałam czy zechciałaby wziąć mnie do siebie na seminarium i pomóc z projektem. Osadziła mi to bardzo ładnie w dotychczasowych badaniach, dzięki temu sam projekt który składałam do rekrutacji dostał maksymalną ilość punktów. Ale potem? 4 lata rzeczywistej harówy – nie tylko jeśli chodzi o badania, ale o artykuły w recenzowanych czasopismach, konferencje „istotne” w środowisku (no comment). Po drugim roku studiów doktoranckich dostałam etat asystencki na moim wydziale, co wiem jednak, ze jest rzadkością. Abstrahuję już od faktu wyrabiania praktyk doktoranckich (zajęć ze studentami) oczywiście darmowymi, które należy zaliczyć w dość sporej ilości godzin (najczęściej przedmioty te są totalnie odklejone od rzeczywistych zainteresowań doktoranta).

    No i najwazniejsza rzecz. W naszym kraju obowiązuje akademicka struktura kurnika. Stare kury siedzące na grzędach wyżej lubią dziobać te kury na grzędach niżej. Jak jesteś twardy to wytrzymasz. Jak nie, to Cię zadziobią. Albo przynajmniej na lunchu konferencyjnym będziesz jadł mielone w piwnicy gdy profesury (oczywiście zwolnieni z opłat konferencyjnych) raczyć będą się grillowanym łososiem ze szparagami…

  27. Ja właśnie kończę (albo moze lepiej nazwijmy to: zaczynam powoli kończyć;-)) studia trzeciego stopnia na uczelni, o której wspomniałaś w komentarzach, ze będziesz próbować aplikować. Jakbyś miała jakieś pytania, to maila znasz, wiec śmiało pisz-jeśli tylko będę mogła pomoc, chętnie to zrobię 🙂

  28. Nie jestem wielka fanka Twojego bloga, zagladam od czasu do czas z ciekawosci, ale tym pisem mnie ujelas. To prawda ze zyjemy w czasach kiedy promuje sie tylko pozytywny wizerunek i sukcesy, a juz na pewno gdy tak jak Ty sie jest osoba publiczna. Tym bardziej wyrazy szacunku ze przyznalas sie do porazki. Zgadzam sie ze porazki daja nam cenne lekcje i dzieki nim mozemy stac sie jeszcze silniejszy. Trzymam za Ciebie kciuki zeby Ci sie udalo, bo bardzo podoba mi sie Twoje podejscie i milo bedzie wpadac w odwiedzimy na Dr fashionelka .

  29. Droga Elizo, przede wszystkim musisz mieć promotora. Bardzo często bywa tak, że osoby, które nie mają żadnych artykułów, konferencji, ba! nawet tematu i pomysłu na swoją pracę doktorską, ale mają już dogadaną osobę,która będzie ich potencjalnym promotorem dostają się na studia, gdy w tej samej rekrutacji osoby takie jak ty, które mają osiągnięcia i pomysł, ale brak im promotora, na studia doktoranckie się nie dostają. A gdy masz jeszcze dość świeży i nowy temat jak na swoje środowisko naukowe, twój promotor będzie Cię bronił w rozmowach przed innymi profesorami i doktorami, bo przez ilość posiadanych tytułów przed nazwiskiem jednak prędzej posłuchają jego niż Ciebie. Więc jeżeli masz chęć, to śmiało rób doktorat, bardzo mnie cieszy gdy ktoś odczuwa potrzebę samorealizacji. Jednak nie rób tego w pojedynkę, twój promotor może się nawet na twoim temacie nie znać, ale co tu dużo pisać – musi Ci przetrzeć szlak swoim tytułem.
    Pozdrawiam
    I nie daj się!

  30. Porażki są częścią sukcesu, są częścią nas, nie można się ich bać i też nie warto się ich wstydzić. Osiągnęłaś bardzo wiele próbując, wiele się nauczyłaś. Ja kiedyś nie dostałam się na drugie studia i to poczytuję za jedną ze swoich największych porażek. Nie lubię tego uczucia przegrywania, ale nie powinno to nas paraliżować przed próbowaniem, a niestety ja mam tendencję do powstrzymywania się od działania ze strachu przed przegraną.
    Kiedyś u siebie pisałam, po co nam są porażki – jeśli masz chwilę -zajrzyj http://bit.ly/2pfrbMN
    Pozdrawiam serdecznie
    Monika

  31. Ja sądzę, że doktorat absolutnie nie jest stratą czasu! Owszem, tak jak w komentarzach powyżej, zdarzają się „ciężkie” przypadki wśród naukowców, dziwna polityka na danym wydziale czy uczelni, ale jako doktorant Ciebie to będzie dotyczyć w małym stopniu (na pewno mniejszym niż pełnoprawnego pracownika naukowego).

    Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, jak mogłaś próbować się dostać na studia bez konsultacji z przyszłym promotorem? Przecież promotor jest opiekunem naukowym pracy i musi się na to zgodzić przed podjęciem przez Ciebie studiów. Konsultacje nad tematem czy koncepcją pracy są mega pomocne. Powiem więcej, czasem dopiero po kontakcie z osobą doświadczoną widać, że nasz cudowny pomysł nie jest tak dobry jak się wydaje i z prawdziwą nauką ma mało wspólnego. Może nas to zniechęcić albo zainspirować do dalszej, lepszej pracy. Doktorat pod tym względem baaaardzo się różni od studiów pierwszego i drugiego stopnia, można poczuć jak naprawdę się tworzy naukę (i jak upierdliwe czy uciążliwe to czasem jest).

    Jeśli masz pomysł na fajne badanie dotyczące psychologii społecznej, tak czy siak możesz je zrealizować – tematyka jest dosyć „chodliwa”, a popularność bloga z pewnością Ci w tym pomoże 🙂

    Jeszcze taka malutka uwaga, punkty zbiera się żeby się dostać na studia (lub w trakcie studiów np. do stypendium), otwarcie przewodu doktorskiego to całkiem inna sprawa.

    Pozdrawiam serdecznie, życzę powodzenia 🙂

  32. Ja po wielu trudnych sytuacjach i niepowodzeniach, jakie mnie spotkałam w życiu, z perspektywy czasu nauczyłam się dostrzegać tę jaśniejszą, lepszą stronę. I teraz, jak się dzieje tak, że wydaje mi się, że wszystko jest inaczej niż chcę, takie dni z cyklu „jak się sypie to hurtem”, to wtedy staram się myśleć o tym, że to się zapewne dzieje z jakiegoś powodu.

    Być może podświadomie wierzę w to dlatego, że moja mama zmarła, gdy miałam 10 lat i wciąż mi powtarzano, że „mama zawsze jest z Tobą i nad Tobą czuwa” i czasem myślę, że mam to tak zakorzenione w głowie, że umiem znaleźć niejako tego potwierdzenie w faktach… a może to tylko przekonanie…
    Sama nie wiem, ale wiem, że od kiedy nauczyłam się szukać jaśniejszych stron sytuacji, żyje się łatwiej 🙂

  33. trzymam kciuki, bardzo mocno! Polecam tez cytat: Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>