Mały (wielki) bohater

Rocky jest odpadem z pseudohodowli. Nie sprzedał się, bo miał rozszczepione podniebienie. Nikt nie chciał kupić pieska z taką wadą genetyczną. Sprzedawca nie wiedział, co z nim zrobić. Miał jeszcze nadzieję, że pies się sprzeda, więc zlecił weterynarzowi zszycie rozszczepionego podniebienia. Tak wiecie, po łebkach. Może się uda, może ludzie nie zauważą i go w końcu kupią, promocja na niego będzie.

Niestety, nikt się nie skusił. I tak siedział sobie ten biedny i bardzo chory piesek gdzieś w zamknięciu. Miał przewlekłe zapalenie oskrzeli, jedzenie wypadało mu noskiem, przez co ciągle się krztusił; cudem dożył 6 miesiąca. Lekarze się dziwili, bo normalnie takie pieski krztuszą się mlekiem matki i umierają. On nie.

I wtedy fundacja zajmująca się ratowaniem piesków z takich właśnie strasznych i smutnych miejsc wyciągnęła go stamtąd. Jego i kilka innych piesków, tak zwanych odpadów. Była sunia bez oka, druga z ropomaciczem i tak dalej.

rocky

Byliśmy otwarci na przyjęcie psiaka jako dom tymczasowy. Trafiła nam się ta maleńka kaszląca bida. Mały nie miał imienia, więc nazwaliśmy go Rocky. Dla nas już wtedy był fighterem. Zakochaliśmy się w nim i kiedy po tygodniu zawoziliśmy go na operację, ustaliliśmy, że jeśli tylko ją przeżyje, to go adoptujemy i damy mu dom, o jakim nawet nie marzył w tym smutnym i strasznym miejscu, w którym się urodził.

Lekarze dawali Rocky’emu kilka procent szans. Zresztą to, co zobaczyli w jego podniebieniu, totalnie ich zszokowało. Nigdy nie widzieli tak ogromnego rozszczepu i sami wątpili w to, że operacja się uda. Zadzwonili do nas w trakcie operacji z pytaniem, czy zgadzamy się na eutanazję. Oczywiście się nie zgodziliśmy i prosiliśmy, by zrobili, co w ich mocy.

Operacja trwała ponad 6 godzin, potem był jeszcze tydzień spędzony w szpitalu z sondą doprowadzającą jedzenie do żołądka. Mówiono nam, że może wystąpić obrzęk, krwotok, że rurka może wyskoczyć, że większość psów umiera. On nie.

roksu

I teraz po prawie 2 latach znowu musieliśmy zawieźć go na operację. Rocky przez ten czas rósł, a razem z nim rosło jego podniebienie. Utworzyła się ponad 4-centymetrowa fałdka, która zaczęła mu przeszkadzać, Rocky nie dostarczał organizmowi pożądanej dawki tlenu, pojawiła się arytmia serca i zapalenie płuc. Mały krztusił się, a do płuc wpadała woda. Chcieliśmy uniknąć operacji, bo narkoza jest dla niego czymś bardzo niebezpiecznym, ale wiedzieliśmy, że nie ma wyjścia, że to ostatnia szansa na to, by Rocky mógł znowu normalnie żyć.

Operacja się udała, wycięto ponad 4 cm nadmiarowej skóry. Rocky od 4 dni jest z nami i dochodzi do siebie. Już widać, że o niebo lepiej mu się oddycha. Nie odkrztusza i prawie wcale nie chrumka. Co więcej, prawie w ogóle nie chrapie i chowa język. Dodatkowo schudł, co na pewno dobrze mu zrobi. Komfort jego życia poprawił się kilkudziesięciokrotnie. Doktor Rzezak jest mistrzem świata 🙂

Wiecie, kiedy zawoziliśmy go na operację, bardzo się bałam, ale myślałam sobie, że to przecież byłoby bez sensu, gdyby on teraz umarł. Tyle już wycierpiał, tak dzielnie walczył, więc musi jeszcze żyć, to mu się należy! Obiecałam sobie, że gdy wszystko będzie OK, znowu napiszę tekst bazujący na jego historii, by przestrzec ludzi przed kupowaniem psów z pseudohodowli. Choć na pierwszy rzut oka wszystko może wyglądać dobrze, to właśnie gdzieś na tyłach w komórce są zamknięte takie „odpady”, które nie nadają się do sprzedaży. Bo przecież każdy marzy o idealnym, zdrowym i szczęśliwym piesku. Nie chcemy nawet myśleć o tym, co dzieje się w takich miejscach. Łudzimy się, że wszystko jest OK, że niska cena to po prostu okazja, z której trzeba skorzystać.

pys

Uczestniczyłam w rozbiciu pseudohodowli, widziałam, w jakim stanie było tych 21 psów. Zabiedzone, wygłodzone, zarobaczone, z widocznymi defektami i przewlekłymi chorobami. W pseudohodowlach liczy się zysk, więc oszczędza się na wszystkim. Jeśli chcecie zobaczyć, jak to naprawdę wygląda – zajrzyjcie do mojego wpisu „Z piekła do nieba”. Napisałam go właśnie po interwencji, w której uratowano kilkanaście buldogów. To było dla mnie traumatyczne doświadczenie, ale też ogromna satysfakcja, że przyczyniłam się do uratowania tych psiaków. Przetransportowaliśmy kilkanaście psów do nowych, lepszych domków, ale ile takich maleństw wciąż żyje w patologii? Tylko po to, byśmy my, ludzie, mieli połowę tańsze psy… Rodowód to nie luksus, a ktoś, kto kupuje psa z rodowodem, nie jest snobem. Jest po prostu odpowiedzialnym i świadomym człowiekiem.

Decyzja należy do Was.

64 Comments
    1. Popieram Kingę! Pseudohodowle powstają, dlatego, że ludzie chcą rasowe psy! Można adoptować rasowego psa z fundacji, ale najlepiej wybrać kundla. Sztuczne utrzymywanie ras przez człowieka nie jest dobre. Rasowe psy są słabszego zdrowia i żyją krócej niż kundelki. Nawet w najlepszych hodowlach często krzyżowane są psy, które mają bliski stopień pokrewieństwa przez co powstają wady genetyczne. Rozumiem wybór rasowego psa do celów policyjnych, dla osób niepełnosprawnych, itp. gdy chcemy mieć pewność co do charakteru psa. Kupno rasowego psa w innych celach to zwykły snobizm i napędzanie dalszego popytu.

    2. Pseudohodowle powstają bo paskudni ludzie chcą zarobić i robią to w straszny sposób. Jeśli ktoś marzy o buldogu, labradorze czy jakimkolwiek innym psie to dlaczego ma z tego zrezygnować? Kluczem jest tutaj edukacja takich ludzi. Powinni wiedzieć, że kupuje się psy z hodowli zarejestrowanej w Związku Kynologicznym w Polsce. A jeśli już kupują z hodowli to na co powinni zwrócić uwagę w takim miejscu, co powinno ich zaniepokoić, a co zainteresować. Nie mówmy wszystkim by brali kundelki bo tak jest lepiej. KAżda rasa ma w sobie coś cudownego, ja absolutnie rozumiem, że ktoś jest zakochany w konkretnej rasie i chce ją mieć.

      Kupno rasowego psa to nie snobizm, to odpowiedzialność. Kupno psa z pseudohodowi to głupota. Wiadomo, że adopcja to najcudowniejsza opcja, ale nie wymagajmy tego od innych. Nie każdy jest na to gotowy.

    3. Kiedyś dostałam w prezencie psa. Ze wszystkimi papierami, z hodowli zarejestrowaniej w Związku Kynologicznym, przechodzącej pomyślnie kontrole… Pies dożył sześciu lat – przez cztery lata kliniki weterynaryjne były dla nas jak drugi dom, bo nasz MałyWielkiPies miał chyba wszystkie wady świata, łącznie z nieuleczalną chorobą serca, na którą umarł. Do tego wszystkie psy z tego miotu zachorowały na tę samą „tajemniczą” chorobę – po prostu łysiały, gniły, odpadała im skóra (odnalazłam wszystkich nabywców psów).
      I nie była to ani idiopatyczna ropowica, ani nużyce, ani pasożyty – wszystko wykluczono (a zjeździliśmy lecznice od Rzeszowa, poprzez Lublin do Warszawy).
      Przycisnęłam hodowcę do muru – okazało się, że suka była krzyżowana z synem…

      Ci ludzie już nie sprzedają psów. Wiem, że to może się wydawać straszne, ale zatruliśmy im (wraz z innymi nabywcami) życie. Zgłaszaliśmy ich, przestrzegaliśmy innych, jeśli ogłaszali, że będą rozmnażać psy – wklejaliśmy zdjęcia swoich-chorych jako ostrzeżenia.
      Moja mama przepłaciła stratę psa depresją i nie zgodzę się, że skoro kupuje się psa z hodowli to wszystko jest w porządku….

  1. Zgadzam się z Tobą. Nie rodowód jest najważniejszy. Każdy psiak, nawet ten nie rasowy ma serce. Cieszę się, że są ludzie, którzy nie boją się o tym mówić głośno i mają takie dobre serce

  2. Cieszę się, że takie wpisy pojawiają się u popularnych blogerów. Niestety bardzo wiele osób tego nie rozumie, sama próbuję tłumaczyć komu tylko mogę ale do większości nie trafiają żadne argumenty. Smutne to wszystko ale trzeba mieć nadzieję, że kiedyś się to zmieni. Pozdrawiam wraz z moimi dwoma czworonożnymi rozrabiakami 🙂

  3. Ja w taki sposób kupiłam labradora z epilepsją. Leczymy go od lat i jest naszą najukochańszą psinką pod słońcem.
    Pytałam (dociekałam – normalnie śledztwo przeprowadziłam) osób od których go kupiłam czy któryś z piesków nie chorował itd., nie udało mi się dotrzeć do innych właścicieli kupionych psiaków i niestety niczego nie „wskórałam”. Ubolewam jednak nad tym jak ludzie traktują zwierzęta, że nie mają do nich szacunku, a one przecież nam pomagają – pomagają w leczeniu, psychoterapii, prowadzą niewidomych, poszukują uwięzionych pod gruzami, są ratownikami wodnymi. Nie wspominam już o ich roli jako „nauczycieli” wrażliwości i cierpliwości oraz odpowiedzialności (dla dzieci jest to świetne) oraz o zwierzętach, które przecież „dają nam” pożywienie, a kiedyś również odzienie. I jest jeszcze wiele innych ważnych ról, o których już nie wspominam. Mnie wiele osób mówiło – czemu go nie uśpisz? Po co kłopoty itd. Normalnie miałam ochotę im przywalić. I nie wierzę jak łatwo ludziom to przechodzi przez gardło. A z padaczką można żyć. Dlaczego mamy ratować tylko ludzi? Życie to życie. Cieszę się szczęściem Twoim i Twojego pieska. Dobrze, że są jeszcze ludzie, którzy okazują serce nie tylko rodzajowi ludzkiemu.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  4. My adoptowalismy buldozkową „matkę” z pseudohodowli w chwili interwencji ważyła 7 kilo i ledwo sie poruszała. Wlasnie chrapie obok mnie jest z nami od 3 miesięcy po wielu wizytach u weterynarza jest zdrowa i szczęśliwa a ja wiem ze ta adopcja to była najlepsza decyzja w moim zyciu 😊🐶❤️

  5. Łzy same ciekły jak czytałam ten tekst. Mam sunię ze schroniska, jest z nami już 11 lat i wiem, jak zwierzęta beznadziejnie czują się w takich miejscach. Wierzę, że Rocky jest niesamowicie szczęśliwy, bo trafił do ludzi, dla których chce żyć, ma wolę walki. Pseudohodowle są straszne, nie wyobrażam sobie jak mogą istnieć takie straszne miejsca, gdzie psy traktuje się jak istoty gorszego gatunku bo nie można na nich zarobić. Masakra 🙁 Mam nadzieję, że Wasz psiak szybko wróci do zdrowia.
    Pozdrawiam!

  6. Za niedługo minie rok odkąd śliczna kotka zamieszkała w naszym domu. Znaleźliśmy ja, prawie zamarznięta na środku dojazdowej drogi. Wiemy, ze ktoś sie jej pozbył, gdyż nie przetrwałaby nocy w miejscu, gdzie nocą można spotkać dziki. Mała kulka trafiła do weterynarza- rokowania kiepskie – koci katar odbierał jej wzrok. nie poddaliśmy sie i przez ponad pol roku walczyliśmy, aby maluch nie stracił oczek. Dzisiaj nasza kocica ma mętna rogówkę i w jakimś stopniu odzyskała wzrok. Jest najbardziej milusinskim kotem jakiego w życiu widziałam. Otrzymała od nas nie tylko dom, ale ogromna ilośc miłości 😀 Dzięki niej nasze życie jest o wiele weselsze mimo tego, ze z natury nie jesteśmy smutasami 😀

  7. ja zaadoptowałam pieska ze schroniska. 12 zostało wyrzuconych w worku na śmieci w pierwszym miesiącu zycia. Wziełam jednego malucha do siebie do domu, przez pierwsze dni wszystko było w porzadku, okaz zdrowia. Jednak po mniej więcej tygodniu piesek nie wstal z legowiska i nie zjadł śniadania (a byl z niego łakomczuch!. Pomyślalam, okej jak wróce z pracy i się nie poprawi to pojdę do weterynarza. Tak tez się stało. Lekarz rozpoznał chorobę- parwowiroza- choroba szczeniąt. 50% szans na przeżycie bo natychmiast zareagowalam (kazdy dzien z myslą, ze pies się wyliże to mniejsze szanse). Przez 10 dni jezdzilam z pieskiem do weterynarza 2 razy dziennie na zastrzyki i kroplowki, przez ten okres czasu piesek nic nie jadl żyl tylko na kroplowkach. Przez 10 dni plakałam i balam się, ze się nie obudzi. Ciągle leżal i nie miał sily nawet podniesc glowy. Z dnia na dzien bylo gorzej, bardzo bolesne zastrzyki, przy których poczatkowo plakał i piszcal staly się dla niego obojetne. Weterynarz zalecił nam zrobienie USG i zdjęcia w klinice. nie dośc, ze okazalo się, ze ma zaniki w jelitach, które są już przez chorobę pozbawione kosmkow jelitowych to dodatkowo ma coś w żołądku ( kamien, kość, kawalek plastiku? nie wiadomo). Konsultowalam się, z weterynarzem prowadzącym, 3 innymi oraz za ich pośrednictwem z chirurgami. Miałam wybór: eutanazja, operacja pieska lub walczenie z parwowirozą bez przeprowadzania operacji. Nie chcialam operacji, piesek nie jadl od 10 dni, jego odporność byla zerowa i znikome szanse na przezycie, zdecydowalam się na 3 opcje. Piesek oprocz zestawu zastrzyykow dostawal rowniez coś na to co ma w zoladku. Po dodadtowych trzech dniach piesek wstal. łzy naplynely mi do oczu, tego dnia zaczal rowniez juz piszczec na bardzo bolesne leki co jest dobrą oznaką z dnia na dzien bylo lepiej. Potem wrocil takze apetyt- co wazne byl na specjalniej diecie. W krytycznym momencie wazlyl 1,2 kg (a przed chorobą 3,5). Mial rowniez zaniki miesni i nie mogl chodzic na tylnych lapach. teraz spi kolo mnie 8kg i 4 miesieczny piesek, zdrowy i odbudowujący miesnie. 🙂 wiadac, po nim skutki tego, ze podczas ciazy jego matka byla głodzona (ma cos z koscmi i palcami, ale jest to niegrozne). fash moze napisz wpis ku przestrodze dla kazdej osoby chetnej na psa, niezaleznie czy z hodowli czy ze schroniska. moim zdaniem trzeba byc przygotowanym zawsze naleczenie i koszta. dieta, specjalna karma, ciagle wizyty u weta i wizyty w klinice kosztuja, wazna tez jest nastepna sterylizacja/kastracja aby zapobiec niechcianym zwierzakom.

  8. My adoptowaliśmy królika że Stowarzyszenia Pomocy Królikom – fundacji, która odbiera uszaki z pseudohodowli, przygarnia porzucone biedny. Nasz uszak był zabawką, która się znudziła. Trzeba było dużo czasu, by nam w pełni zaufał, ale teraz sam przychodzi się przytulać.

    Życzę Twojemu psiakowi dużo zdrowia, bo wolę walki już ma!

  9. No i sie poryczałam. Jesteś wielka! Szkoda tylko, że ludzi z takimi wielkimi sercami jest tak mało. My też mamy takiego szczęściarza. Felicjana. Kotka, którego znalazłam na przystanku autobusowym. Z panleukopenią, zapaleniem płuc i wszystkimi innymi świństwami. Też miał nie przeżyć. A żyje. I jest szczęśliwy, wiem to 🙂 kocha nas bardzo, a my kochamy jego. Na blogu znajdziesz jego historię. Może również się wzruszysz 🙂

  10. Super tekst! To cudownie, że zwracasz uwagę na takie sprawy 😉 Trzymam kciuki za dalszą rekonwalescencję Rocky’ego 🙂
    I zgadzam się, dr Rzezak jest świetnym lekarzem 😉

  11. Psiak jest cudny i dzielny, czytam każdą jego historię i mocno mu kibicuję! Brawa dla Was za taką troskę o niego 🙂
    ps Gdzie moje chusteczki? Poryczałam się…

  12. Nie ukrywam, że mi też łezka popłynęła.

    Rocky miał szczęście, że trafił właśnie do Was. Pomijając już takie oczywistości, że ma super warunki i kochających Właścicieli to najzwyczajniej w świecie nie każdy na Waszym miejscu zdecydowałaby się podjąć leczenia pupila ze względu na koszta.

    Głaski dla Rockiego 🙂

  13. Aż mnie ciarki przeszły, gdy to czytałam. Znam historię Rocky’ego z wcześniejszych postów, ale wzrusza mnie ona tak czy owak…
    Swojego foxterriera kupiłam od przypadkowego człowieka, a raczej od pseudohodowcy, niestety. Ma jakąś wadę genetyczną i trzęsą mu się łapy. Nie m to jakiegoś znaczącego wpływu na jego funkcjonowanie, jest normalnym psem, ale podjęłam decyzję, że nigdy więcej psa nie kupię. Będę adoptować ze schroniska. Nigdy więcej żaden hodowca ani tym bardziej pseudohodowca nie dostanie ode mnie ani grosza.

    Zdrówka dla Rocky’ego! 🙂

    1. A to ciekawe, a niby dlaczego nie można adoptować psa? Dla większości pies to członek rodziny, szanujmy to i powstrzymajmy się od takich słabych komentarzy, które nic nie wnoszą.

  14. My też uratowaliśmy psiaka. Znajoma taty miała znajomego któremu urodziły się szczeniaki. Nie dość, że cały czas było nam wmawiane, że to husky (choć weterynarz od razu stwierdził, że mieszaniec) to psiak był bardzo smutny. Tamten właściciel mówił, że wystarczy go odrobaczyć, bo jest mały, a on biedny był pogryziony przez kilka ogromnych kleszczy i zarobaczony tak, że nie wiem jakim cudem tyle robali się w nim zmieściło. Pojechaliśmy po niego w piątek i od razu zawieźliśmy do weta. W poniedziałek znajoma taty powiedziała nam, żebyśmy go może przebadali(!!!), bo jego siostra która tam została, zdechła 🙁 a jeszcze w niedziele patrząc na naszą bidę stwierdziliśmy, że jutro pojedziemy po sunię, bo ona na bank jest w takim samym stanie jak nasz pupil 🙁 niestety nie zdążyliśmy 🙁
    A nasz psiak jest zdrowy, radosny i waży 50kg 😀 to najmądrzejszy i najsłodszy przyjaciel jakiego mieliśmy <3 jest już z nami 1,5 roku i oby był jak najdłużej 🙂

  15. Niestety pseudochodowle nadal mają się świetnie, co widziałam jak szukaliśmy dla siebie psów. Kręcenie że hodowla nalezy do innego związku niż Związek Kynologiczny i takie tam. Papiery to niestety nie wszystko, co powinien posiadać rasowy pies. Kupiliśmy w czerwcu suczkę bernardyna z małej rodzinnej hodowli w Polsce. Jest cudna i przekochana do tego stopnia że przymykamy oko na włażenie do naszego łóżka 😉 Jakiś czas później znaleźliśmy w niemieckiej hodowli drugiego psa, również bernardyna, który po miesiącu zjawił się u nas. Niemiecka hodowla sprawiała wrażenie super profesjonalnej, z tytułami, z ogromną wiedzą, psy zadbane, hodowla zarejestrowana, wszystko legalne i pięknie. Po jakimś miesiącu u nas pies zaczął reagować agresywnie na nas jak choćby zbliżyliśmy się do niego kiedy gryzł sobie świnskie ucho. Analizowaliśmy jakiś czas problem z behawiorystką która trenuje nasze psy, rozmawialiśmy z jego hodowcami, z wyłapanego kontekstu wynikało ze cała linia ma probemy z agresją, ich psy bronią agresywnie nawet własnych wymiotów, choć na codzien są bardzo przyjacielskie i kochane. W koncu 5 miesięczny i 40 kilogramowy pies próbował mnie ugryźć jak przechodziłam obok „skarbu” który sobie zakopał i o tym nie wiedziałam. Musielismy podjąć decyzję o oddaniu psa z powrotem do hodowli, bo takie cechy niestety leżą w genetyce, w charakerze, można z tym pracować ale nie da się do konca wyeliminować a raczej problem rósłby razem z psem, który docelowo będzie ważył 80 kg. A jak wiadomo 80 kg nieprzewidywalnego psa to nic dobrego. Hodowcy niestety nie widzą problemu, twierdzą że mają 5 psów z takim charakterem i sobie radzą. Próby wytłumaczenia im że bernardyny sa z natury łagodne i kochane nie odniosły skutku. Również to, ze może i oni sobie radzą z problemem ale niekoniecznie poradzi sobie przyszły własciciel. Nie wiem jakim sposobem dają radę ukrywać ten problem na wystawach ale mam nadzieję że mimo wszystko przemyslą sprawę i oddany pies zostanie u nich ( to co jest pewne, psy mają bardzo dobre warunki bytowe i są zadbane) a nie trafi na przykład do rodziny z dziećmi….
    Piszę to ku przestrodze (bo do sytuacji z agresywnym bernardynem także sprawdzaliśmy głównie papiery), ze przy wyborze szczeniaka, trzeba zwrócić uwagę też na całą linie psów wstecz, na co chorowały (wiele chorób się dziedziczy) i jaki mają charakter (czesto psy w linii mają podobne charaktery a agresja się dziedziczy) oraz jakie podejście do zwierząt mają hodowcy. Te 8-10 pierwszych tygodni ma duzy wpływ na całego psa.

  16. Wzruszająca historia. Ja mam buldoga z profesjonalnej hodowli z rodowodem, ale wcale nie jest tak kolorowo nawet w takich hodowlach, gdzie psy mają rodowody. Uwierzcie to też potrafią być centra rozrodcze. „Rodowód” to zaliczenie kilku wystaw, nikt nie sprawdza rodziców, czy nie mają wad genetycznych, których gołym okiem nie widać. Sędziowie na wystawach to też tzw. „kolesiostwo”. Warto dokładnie prześwietlić hodowcę, ile razy suczka rodziła, bo nawet ta z FCI potrafi co roku rodzić szczenięta i nie daje jej się przerwy…Warto zobaczyć, gdzie pieski mieszkają, co rzeczywiście jedzą…

  17. My też chcieliśmy adoptować buldożka, a trafił się nam… ślepy mops. Po 3 dniach byliśmy już w Gustawie kompletnie zakochani i zdecydowaliśmy się na zostanie domem stałym. Gustaw ma za Tobą tak straszliwe przeżycia, że poza tym, że jest niewidomy, to jest psem który boi się wszystkiego. Dlatego po pół roku zdecydowaliśmy się na adopcję drugiego psa. Teraz mamy 2 mopsy z adopcji, a kasa wydana na ich leczenie, operacje to prawie że koszt 2 mopsów z rodowodem. Ale są warte każdej pary butów, których sobie nie kupiłam 😛 Decyzja o adopcji drugiego mopsa też była bardzo dobra, bo Gustaw w końcu się otworzył na świat no i zyskał psa-przewodnika 🙂

  18. Jakiś czas temu kilka bloków ode mnie został uratowany amstaf z pseudohodowli. Byliśmy dosłownie o włos od zaadaptowania go jednak słabo dogadywal się z naszymi psami, a wiadomo one zawsze będą dla nas na pierwszym miejscu więc musieliśmy odpuścić :(.
    Historia tej suni była równie przykra jak Rockiego, miała „kochający” dom który gdy psiak dorósł oddał go pewnej Pani. Pani ta szybko urwała kontakt z poprzednimi właścicielami po czym założyła pseudohodowle. Jednak gdy sunia odkarmila młode, które zresztą przedwcześnie znalazły domy, stała się już niepotrzebna i została wyrzucona. Przez kilka dni się błąkała po naszym osiedlu aż trafiła na nas i naszych sąsiadów. Sunia u Pani pseudohodowczyni prócz rodzenia maluchow jeszcze musiała potężnie obrywać gdyż miała ogromną bliznę na pyszczku. Cała historię suni poznaliśmy tylko dlatego że udało nam się znaleźć jej pierwszą właścicielkę, która poznala ja na zdjęciach.

    Eliza a może pomoglabys naglosnić akcję szukania domu dla 3 letniego, zdrowego owczarka niemieckiego, którego właściciel zdecydował uśpić zamiast znaleźć mu nowy dom? Ogłoszenie o tym psie wisi na Olx. Pies nazywa się Kens.

  19. Koszmar! Boże czytałam ten wpis i bałam się czytać do końca, bo a nuż napiszesz, że go już nie ma!!

    My wzięliśmy Peżota z domu zastępczego. Też nikt go ni chciał – kundla z krzywymi łapami. Jego rodzeństwo trafiło do Krakowa. Tylko on nie miał domu. Peżota znaleźliśmy na forum. Opiekunka chciała wiedzieć czy pies ma się dobrze, w końcu nikt nie sprawdził czy dom nadaje się dla psa. Na forum pisałam regularnie. Regularnie informowałam jak się adaptuje, jak sie bawi, jak szczęśliwieje. Aż do pewnego momentu….

    … na spacerze Peżot nie chciał iść. Wołam go ja, woła tata a on nic. Byliśmy wtedy na działce, jakieś 60 km od domu. Z początku wydawało nam się że Peżot nie chce iść bo za płotem była suczka. Ale nie. Peżot ciągnął za sobą nogę. Totalny bezwład! Ja zaryczana pędzimy do Warszawy! Do weterynarza! Diagnoza – dysplazja bioder, operujemy!

    Na forum Peżota napisałam co się wydarzyło. Nagle odzew był żaden! Cisza! Od tamtej pory nie interesowali się co i jak u Peżota zgadujemy że w obawie że będziemy chcieli go zwrócić czy domagać się zwrotu kosztów leczenia. Peżot ma się teraz bardzo dobrze – dzięki Bogu!

    Ale… żal pozostał. Niby wzięliśmy go z domu zastępczego, niby od ludzi o dobrym sercu itp. A kiedy tylko pojawił się problem… cisza. Umywanie rąk, postawa „mnie to nie dotyczy”. Czasem gdy bawimy się z Peżotem, widzimy jego szczęśliwą minkę zastanawiamy się co by się z nim stało gdyby wyszła ta wada a wciąż by był w domu tymczasowym lub schronisku…

    Zdrówka dla R.!

    Ps.
    Będąc u wet.spotkaliśmy starszego pana. Był strasznie smutny. Zapytaliśmy się go dlaczego tu przyszedł. Okazało się że buldożka zjadła znalezioną na ulicy kiełbaskę – nafaszerowaną kretem do rur…. . Ma wyżarty żołądek. Przez drzwi było ją widać, pod kroplówką… . To chore. Ludzie mają na prawdę chore pomysły. Maltretowanie, zagłodzanie, niedbanie… a przecież to żyje.

  20. Witam. Właśnie wpis o pseudohodowli zachęcił mnie do czytania tego bloga.Jestem ogromnym miłośnikiem psów. Też mam dwa psiaki;) Od tamtego czasu często tutaj zaglądam i podziwiam Panią za głowę pełną pomysłów i inspiracji. Pomimo, że jestem po 40-stce zainspirowala mnie Pani do zmiany mojego życia. Planuję porzucić pracę nudnego urzędnika. Zatraciłam tutaj swój styl, zapomniałam o pasjach i stałam sie szablonowa. Chcę coś zmienić i zająć sie pracą w sieci – sklep internetowy. Nie ukrywam jednak, że mam sporo obaw. Czy nie przeszkadza Pani praca w domu? Brak kontaktu z ludźmi? A może to cudowna praca…

    1. Gosia, cudownie mi to czytać! Brawo, brawo i jeszcze raz brawo! Zmiany są dobre 🙂

      A co do pracy w domu, dla mnie to największy luksus. To nie tak, że nie mam kontaktu z ludźmi. Codziennie wychodzimy, spotykamy się ze znajomymi, często wyjezdzam do warszawy do przyjaciółki czy w interesach, więc to nie jest tak, że jestem zamknięta w czterech ścianach. Nie zamieniłabym tego na nic innego. To moja wymarzona praca! 🙂

      Sciskam!

  21. Jeden z Twoich najlepszych wpisów, wzruszyłam się :,) Życzę Rocky’emu 100 zdrowych, szczęśliwych lat! Zasłużył na to! Muszę przyznać, że to Ty uświadomiłaś mi, dlaczego nie warto kupować zwierzaków bez rodowodu. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mają miejsce takie straszne rzeczy…

    Przy okazji: pod jednym z poprzednich wpisów pisałam, że tworzę artykuł na temat negatywnych stron sukcesu. Przypomniało mi się, jak pisałaś o komentowaniu przez innych Twojego wyglądu (chyba palców u stóp?). Uważam, że hejt i roszczenie sobie przez innych prawa do komentowania wszystkiego, co dotyczy znanych osób, może stanowić jedną z wad odniesienia sukcesu. Jeśli chciałabyś podzielić się ze mną jakimiś przemyśleniami do artykułu – byłabym ogromnie wdzięczna! ally-lp@tlen.pl

  22. Widzę, że nie tylko mnie popłynęły łzy podczas czytania tego wpisu.. Niestety, muszę ze smutkiem przyznać, że takie rzeczy dzieją się wszędzie nie tylko, w Polsce.. W Stanach jest to samo. Całkiem nieświadomie szukając pieska-mopsa dla nas, znalazłam kilka ogłoszeń na lokalnych portalach na z pokazanymi zdjęciami psiaków, z zapewnieniem, że psy mają zaświadczenie z AKC (amerykański odpowiednik Związku Kynologicznego). Gdy zaczęłam mailować z właścicielami okazało się (we wszystkich przypadkach!), że psy są na drugim końcu Stanów i oni nie widzą problemu w wysyłce szczeniaka (w życiu nie zgodzilibyśmy się na takie coś!) i … kosztują 1/5 ceny szczeniaka tej rasy. Jestem więcej niż pewna, że to były właśnie takie pseudohodowle, dlatego wszystkie te osoby z pomocą naszej koleżanki, która siedzi w temacie, zostały zgłoszone odpowiednim władzom 🙁

  23. Dodam jeszcze, że moja teściowa adoptowała kilka lat temu pięcioletnią suczkę rasy Shih tzu właśnie z takiego stowarzyszenia ratującego pieski z pseudohodowli. Wyobraź sobie, że ta biedna psinka była przez 5 lat swojego życia przez cały zamknięta w klatce i zapładniania do kolejnych ciąż – bez chwili przerwy 🙁 Rodziła kolejne rasowe szczeniaki, a biznes się kręcił – niestety kosztem psiaków trzymanych w nieludzkich warunkach. Na szczęście ktoś to zgłosił i pseudohodowlę zamknięto, pieski oddano do adopcji. Mała Dylan od niemal trzech lat zachowuje się jak mały szczeniak bo de facto swojego szczenięctwa nigdy nie miała. Wdzięczność takiego psa jest nie do opisania słowami <3
    Dzięki Eliza za tą notkę. Cudownie, że poruszasz takie trudne tematy.

  24. „prawie wcale nie chrumka” ♥

    Rocky to prawdziwy fighter, widać w tym psiaku ogromną wolę życia! gratuluję Wam walki o jego zdrowie, było warto, a on ma cudowne życie 🙂 gratuluję przyczynienia się do uratowania innych piesków. nie do wiary, co czasem spotyka „gorsze” zwierzęta…

  25. Nie mam żadnego zwierzaka,nie mialam,pewnie miec nie będę.Jakos nie czuje potrzeby.
    Pewnie tak jak większość czytajacym polaly sie łzy..Ja chyba byłabym sie straty,bólu..Dziękuję że napisałaś to wszystko.Trzeba walczyc o kazda żywa istote,o ile tylko sie da.

  26. Trzymam kciuki, żeby zdrowo rósł i już nie musiał lądować na stole operacyjnym! My przygarnęliśmy kota ze wsi, już drugi raz. Pierwsza kotka była z nami 10 lat, teraz mamy rocznego kocurka. Schemat ten sam – nikt kota nie chce, bo kotów na wsi dużo, nie kastruje się, nie sterylizuje. Kot to kot, ma sobie poradzić. A tam nie ma śmietników do wyjadania resztek, myszy na jesień chowają się po domach, taki samotny kot ma małe szanse na przeżycie. Nasz kocurek kiedyś po prostu przyszedł do naszego ogrodu i po trzech miesiącach wrócił już z nami do miasta. Przybrał na wadze, futerko ma aksamitne i mięciusie. Jest szczęśliwy, bawi się zabawkami czego wcześniej nie umiał. Taki znajda to dużo pracy na początku, ale też okazuje dużo wdzięczności swoim właścicielom.
    Pozdrawiam!

  27. Wow, Eliza! Nigdy nie znałam tej historii i nie pomyślałabym w życiu, że ten twój zawsze wesoły Rocky tyle wycierpiał. Zawsze myślałam, że po prostu kupiłaś sobie pieska tej rasy, bo ci się podobają i tyle. Ogromny szacunek! Ja sama mam dwa psy, jeden podrzutek a drugi niby rasowy, ale bez rodowodu (kupiony z hodowli domowej, po znajomości, nie zależało nam na rodowodzie, tylko chcieliśmy mieć labradora bo głowa rodziny zawsze o nim marzyła 😉 ) i ile ja się z nimi najeździłam do weta… A to brzuch boli, bo coś się źle strawiło, a to psinka się nałykała wody z kałuży, w której była sól do posypywania ulic, a to użądliła ją pszczoła… Tępię ludzi, którzy z oszczędności albo lenistwa nie odwiedzają weterynarza. Jak już się bierze jakiegoś zwierzaka to trzeba mieć świadomość, że nawet oprócz szczepień, czasami wypadną jakieś niespodziewane wydatki. Trzymaj się i zdrowia dla Rocky’ego!

  28. W właśnie dzięki Tobie zdecydowałam, że chcę psa z prawdziwej hodowli, z rodowodem. Nie dlatego, że jestem snobką, tylko dlatego, że nie zniosłabym jego cierpienia, gdyby okazało się, że już od szczeniaka jest mocno chory. Nasz mopsik ma teraz 9 miesięcy i jest z nami szczęśliwy mam nadzieję 🙂

  29. Nie wiem czemu, ale nie mogę odpisać na ten komentarz, więc go tutaj cytuję:
    „Kiedyś dostałam w prezencie psa. Ze wszystkimi papierami, z hodowli zarejestrowaniej w Związku Kynologicznym, przechodzącej pomyślnie kontrole… Pies dożył sześciu lat – przez cztery lata kliniki weterynaryjne były dla nas jak drugi dom, bo nasz MałyWielkiPies miał chyba wszystkie wady świata, łącznie z nieuleczalną chorobą serca, na którą umarł. Do tego wszystkie psy z tego miotu zachorowały na tę samą „tajemniczą” chorobę – po prostu łysiały, gniły, odpadała im skóra (odnalazłam wszystkich nabywców psów).
    I nie była to ani idiopatyczna ropowica, ani nużyce, ani pasożyty – wszystko wykluczono (a zjeździliśmy lecznice od Rzeszowa, poprzez Lublin do Warszawy).
    Przycisnęłam hodowcę do muru – okazało się, że suka była krzyżowana z synem…

    Ci ludzie już nie sprzedają psów. Wiem, że to może się wydawać straszne, ale zatruliśmy im (wraz z innymi nabywcami) życie. Zgłaszaliśmy ich, przestrzegaliśmy innych, jeśli ogłaszali, że będą rozmnażać psy – wklejaliśmy zdjęcia swoich-chorych jako ostrzeżenia.
    Moja mama przepłaciła stratę psa depresją i nie zgodzę się, że skoro kupuje się psa z hodowli to wszystko jest w porządku….”

    Jestem bardzo zszokowana, że ktoś dopuścił krzyżowania się suki ze swoim synem… To jest nie do pomyślenia. Nigdy nie przypuszczałam, że w profesjonalnej hodowli można robić coś takiego. Dobrze, że nagłaśniasz całą sprawę!

Leave a Reply

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>